Serducho 28.02.2008


Serducho 28.02.2008

Tniemy i  montujemy.

Nie sądziłem, że obróbka materiału filmowego, to taka wdzięczna praca. Człowiek chciałby wszystko zachować, ale film rządzi się swoimi prawami. To co dla nas jest fascynujące, dla przeciętnego oglądacza robi się nudne. Najpierw nakreśliłem sobie schemat sceny odlotu – przyjazd, odprawa uśmiechy.
To wystarczy, pomyślałem, no może między przyjazdem, a odprawą jakieś przebitki typu gołębie i czule żegnająca się para, ostatnie przypominamy radzimy od agentki. Wszystko gra, jest ruch początkowy, spadam z oddalonego budynku na faceta, który ciągnie walizę – potem wpadam z nim w ten rytm, aż do momentu kiedy mija modelki. Rozmowy, śmiechy itp. Skaczę z dachu lotniska na nie dwa razy – raz z jednego gołębia, potem z pary gołębi. Odprawa, bagaż, ostatnie SMS-y, czułe pożegnanie pary z boku, tablica odlotów, model samolotu, uśmiechy i machania. Dobra mam. Na pierwszy raz nie jest źle. Uradowany, oglądałem parę razy najważniejszy dla mnie uśmiech…
Zobaczę jutro czy mi się będzie podobać. Zadowolony z siebie poszedłem spać.
Tym razem przyśniło mi się, że jestem na lotnisku, a pasem startowym jest molo w Sopocie. Nikogo nie było, słońce świeciło i wiał lekki wiatr. Pomimo dnia wszystkie lampy na molo świeciły na maksa! Na końcu zobaczyłem JEGO jak mi macha, abym przyszedł do niego. Zacząłem iść powoli i za każdym krokiem widziałem, że podnoszę się coraz wyżej, a lampy z molo robią się coraz mniejsze. Niesamowite, ja po prostu wystartowałem! Molo zrobiło się malutkie, widziałem tylko JEGO jak tańczy uradowany na dole. Wokół mnie latały zdziwione mewy i widziałem jak kręcą głowami jedna do drugiej na zmianę, z charakterystycznym piskiem plotkarek:
– widzisz to – on lata,
– to niemożliwe, wtórowała jej druga.
Między kolejnymi mewami ten cykl się powtarzał, jak w starej zabawie – moja kasa nie przyjmuje – podaj dalej…