Odlot


Zabiłem serce moje – I tak było Twoje.

Sen przyszedł bardzo powoli. Siedziałem na jakimś krześle w tej samej hali co ostatnio. Dzisiaj była wietrzna noc. Hala trzeszczała i wyła jak popsuta harmonijka ustna. Smutno mi się jakoś zrobiło, nie wiedziałem co dalej, poza tym, że będę sam. Wstałem, poszedłem w kierunku, gdzie ostatnio znalazłem ten helikopter, miejsce niestety było puste. Ciemność ograniczała widoczność do paru metrów. Po chwili usłyszałem z boku jakiś szelest i znajomy postępujący bełkot wirników, za chwilę w odległości około 10 metrów, ode mnie zapaliła się choinka światełek tej cudownej maszyny. Jakoś zrobiło mi się raźniej, w końcu ta super zabawka zabierze mnie w oczekiwane miejsce. Zobaczyłem, że drzwi są otwarte, podszedłem, w środku nikogo nie było. Westchnąłem, wsiadłem i za chwilę wszystkie wskaźniki uśmiechały się do mnie pełnym stanem gotowości.
Drążek start, ciągniemy do góry, galaktyki świateł miasta są już poniżej mnie. Zataczam radosne koło nad miastem, wciskam płaski przycisk dopalania i za pięć minut jestem na miejscu, o czym informuje mnie srebrzanka księżyca na tafli jeziora. Robię lot nad taflą i zmierzam do miejsca gdzie jest ognisko na plaży. Jedyny charakterystyczny punkt w tej ciemnicy. Ląduje trochę dalej, aby burza piaskowa spod mojej maszyny nie zasypała ogniska. Wychodzę, oświetlam maszyną najbliższy teren. Lekko mokry piasek chrobocze pod butami, jak śnieg w mroźny dzień. Dochodzę do ogniska, nikogo nie ma, słychać tylko jak wielkie ozory ogniska skrzeczą do siebie.

Siadam sobie wygodnie, mam wrażenie, że sekundy zwolniły do minut. Delektuję się tym jasno ciepłym letargiem i na chwilę zapominam o swojej misji. Jest dobrze, przyjazny piasek wyprofilował mi wygodne siedzenie, a ogień smaga mnie falami ciepła. W oddali słyszę budzące się ptaki. Patrzę na księżycową srebrzystość tafli jeziora i zastanawiam się czy te wielopunktowe rozchodzące się koła małych fal, to od ryb, które żerują i pluskają się w nocy? Jednak nie, to wygląda tak, jakby coś spadało do wody. Pomyślałem, że to może jakiś nocny deszcz albo grad. Całe to zjawisko zaczęło się posuwać w moim kierunku. Poczułem lekki niepokój. Za chwilę domyśliłem się wszystkiego, to były metalowe strzały o bardzo ostrych końcach. Widziałem jak sitkują moją maszynę, chociaż to była bardzo zaawansowana technologia. Zacząłem uciekać, ale w każdym kierunku miałem przed sobą ścianę gradu tych okropnych strzał. Całe to zjawisko, zakołowało wokół mnie i ogniska w promieniu paru metrów. Starzały padała jedna blisko drugiej, tworząc jakby taki krzewostan, nie do przejścia. Zacząłem się martwić, jak ja z tego wybrnę. Strzelałem wzrokiem czy jest gdzieś jeszcze przestrzeń ucieczki. Znalazłem tylko w kierunku ciemnego lasu. Nagle zobaczyłem przy tej jedynej drodze ucieczki SERDUCHO, było takie same jak przy pierwszym spotkaniu w metrze, lecz dziewczyny nie widziałem. SERDUCHO stało w niebezpiecznej odległości od strzał. Instynktownie wypchnąłem je poza ten niebezpieczny krąg i zaczęliśmy uciekać do lasu. Potykając się o różne drzewne przeszkody i wpadając co chwilę do jakiś dołów słyszeliśmy, jak za naszymi plecami podąża mordercza ściana tych strzał, łamiąc po drodze drzewa jak zapałki. Za chwilę zobaczyłem źródło tego ataku. Był to niewysoki budynek o dachu, jak jakaś astronomiczna kopuła, błyszcząca w świetle księżyca. Dach ten obracał się w wszystkich kierunkach jak jakieś magiczne oko, miał miliony otworów z których wyskakiwały te śmiercionośne strzały. Ten przerażający deszcz już nas prawie dopadł, kątem oka zobaczyłem światło z otwartej studzienki ściekowej, wskoczyliśmy tam. Fala strzał jakby się zmieniła – wyglądało to jak lecąca za nami wściekła szarańcza. Kluczyliśmy w tych korytarzach, jak w labiryncie, przy jednym zakręcie zauważyłem jakieś napisy ostrzegawcze. Była tam szybka, którą bez namysłu zbiłem, a wtedy zobaczyłem, że jest to jakiś zaplombowany wyłącznik, przy próbie dotknięcia zostałem porażony dawką wysokiego napięcia. Upadłem i słyszałem jak metalowa szarańcza już nas dopada. Urwałem kawałek suchego ubrania, resztką sił owinąłem dłoń i udało mi się zmienić położenie tej wajchy. Momentalnie wszystko ucichło. Strzały upadły z łoskotem, tworząc jakby taką słomianą matę z siebie.

Wyszliśmy na zewnątrz. W bliskiej odległości zobaczyłem łunę ogniska. Zacząłem się cieszyć z SERDUCHEM, że coś się udało. Pomyślałem, że Anioł się ucieszy ze mnie, chociaż nie mam wojowniczej natury, to jakoś dałem radę. Siedliśmy po obu stronach ogniska i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie umiem rozmawiać z SERDUCHEM. Wstałem, żeby coś powiedzieć, uśmiechnąłem się. SERDUCHO też jakby chciało coś przekazać, zaczęło falować jakby odcieniami czerwieni i nagle w moich kierunku wystrzeliło ogromną strzałą, wielkości jakiejś dzidy. Dostałem prosto w serce, nie miałem czasu na zdziwienie, ani żadną reakcję, czy też emocję. Rękoma wyczułem jak zimne żelastwo parę razy, coraz słabiej poruszyło się w rytm mojego serca, a moja własna krew ogrzała mi sztywne palce. Te moje dłonie jakby zaczęły się rozciągać, a ja widziałem je coraz dalej. Po chwili poczułem się dziwnie. Plaża zostawała coraz niżej, a ja nie czułem żadnych emocji, byłem tylko myślą. Obok jeziora znajdowała się taka skalista górka, popatrzyłem tam i zobaczyłem JEJ sylwetkę wyłaniającą się z ciemności. Stała jak czujna sarna, badająca wokół siebie zagrożenia. Usłyszałem JEJ głos:

– to nie tak miało być, powiedziała, pamiętaj chcę być z ciebie dumna…
– pamiętaj! Krzyknęła…

Wtedy zobaczyłem jak wstające słońce oświetla z boku jej buzię, a dwa miniaturowe wodospady łez świecą w tym samym kolorze. Jej sylwetka się oddalała i była taka sama, jak z tego zdjęcia wigilijnego…
Widziałem wszystko w każdym kierunku. Ja unosiłem się dalej, nawet nie mogłem się uśmiechnąć, ani nic powiedzieć… ONA była dla mnie już w innym wymiarze…

+++

Prodigy, Matrix – Smack My Bitch Up