Archive for Maj, 2008
Kiedy robi dymy, nie myśl, że każdy jest prawdziwy.
Dzisiaj spotkałem się z dobrym znajomym w mojej dzielnicy metrowej. Poszliśmy do lokalu, co ma w nazwie „tam tam”.
Lubię to miejsce, bo jest tam, fajny klimat i nie trzeba przedzierać się do centrum, aby zaznać miłej obsługi oraz dobrej kuchni. Rafalsky-ego znam już 12 lat, poznaliśmy się w matrixie, wtedy, gdy była ogólnoświatowa fascynacja tym medium.
Po otrzymaniu zamówionych zwilżaczy ust, zaczęliśmy opowiadać co u ciebie itp. Rafalsky stwierdził, że jedna dziewczyna zaczęła robić do niego dymy. Szczerze to ja nie byłem pewny o co chodzi, więc go spytałem wprost:
- jakie dymy?
- no wiesz, okrężna drogą pytała się czy mam czas i chciała mój nr telefonu.
- i co, zapytałem?
- a nic wkurzyłem, się na nią, bo byliśmy już na drugim spotkaniu i nagle musiała gdzieś pójść, chociaż planowaliśmy więcej godzin, na nasz wieczór.
- dziwne, wiesz, ale ja znam podobne sytuacje
, a jak ona ma na imię?
- a na imię ma TAK.
- poważnie, spytałem?
- a po co miałbym ściemniać?
- bo wiesz, ONA, tzn. ta moja muza ma na imię tak samo, a może ten typ tak ma zapytałem?
widzę tu pewne zbieżności…
Zaczęliśmy się śmiać, a mnie naprawdę to zastanowiło. Rafalsky, powiedział mi, że dziś ma trochę nieciekawy dzień, bo trzy różne sprawy mu się zawaliły.
- to zależy jak na to popatrzysz , powiedziałem. Ja dzisiaj czekałem na wiadomość od NIEJ, a tu nagle od rana nie mogę się zalogować i profil w ogóle zniknął z sieci. Jak znam siebie, to jeszcze dwa miesiące temu, bym jęczał, że pech, że to, że tamto. Napisałem do suportu, i po pół godzinie profil zadziałał. Mało tego w skrzynce, otrzymałem wiadomość, od NIEJ, której bym się wcale nie spodziewał, taka była fajna!
Dziewczyny, to jak to jest z tymi dymami co? ![]()
Dajcie nam jakąś wskazówkę, po co mamy niepotrzebnie nawzajem tracić czas
+++
Kayah – Testosteron
Pod mostem myśli płynie rzeka moich namiętności.
Ocknąłem się nad brzegiem jeziora. Było już całkiem jasno, leżałem przy wygasłym ognisku, w ręku trzymałem kij, który znalazłem w nocy. Bolała mnie klatka piersiowa, bo widocznie spałem na jednym z tych kamieni, co są wokół ogniska.
Okolica całkiem przyjemna. Podszedłem do brzegu – czysty i widoczny piasek przez wodę, zachęcał do kąpieli. Wyrzuciłem zbędne ubranie i zrobiłem parę rund w ciepłej i krystalicznie czystej wodzie. Leżałem sobie tak na brzegu i patrzyłem w lekko upierzony błękit nieba. Słońce pomogło mi w wykruszeniu zbędnego piasku, którym pokryłem się leżąc na plaży. Urocza okolica, pomyślałem, chciałbym tu kiedyś przyjechać z NIĄ i z naszymi dzieciakami. Dzień powoli wchodził w popołudnie i słońce zaczęło odbijać się w szybach cudownej maszyny. Uspokoiłem się, że mam czym wracać do miasta. Po kolejnej drzemce było już ciemno, otrzepałem ubranie z piasku i uruchomiłem helikopter. Drążek do góry i świetlista tafla jeziora przypomniała mi, o tym cudownym miejscu, na pożegnanie zatoczyłem koło, płaski przycisk i za pięć minut wylądowałem obok hali.
Obudziłem się była już 19, więc musiałem spać prawie 20 godzin. Wstałem, nakarmiłem zmysły głodu i pragnienia. Za dwa tygodnie, będziemy kręcić sceny w klubie muzycznym, co ja przez ten czas będę robił, pytałem sam siebie? Zobaczyłem mój nowy bas, który oczekiwał abym się nim zajął. Nie jest źle, pomyślałem, jednak stałem się bardziej niecierpliwy niż kiedyś…
+++
Patrycja Markowska – Jeszcze raz
Pozamykałem okna w pokoju swoich marzeń.
Wydawało mi się, że jestem taką szybującą piłką, wykopaną przez bramkarza na meczu piłki nożnej. Kiedy już osiągnąłem szczyt swojego lotu, to wokół mnie pojawiło się ogromne koło, kształtem przypominające dętkę rowerową. Całość wirowała wokół mnie i w miejscu gdzie jest jakby wentyl tego koła zrobił się otwór, wtedy moja świadomość została tam wciągnięta. W środku był lekki półmrok i tylko jakieś holograficzne obrazy przelatywały przez moje jestestwo. Domyśliłem się, że coś lub ktoś, chce mi przekazać ważną informację. Obrazy, które pojawiały się były jakby pamiątkami z podróży na naszej planecie, morza, góry, lasy, takie przyjemne widoki. W pewnym momencie zamiast tych obrazów pojawiły się napisy. Padło pytanie:
- chcesz wrócić?
- nie, odpowiedziałem myślą,
- dlaczego zapytał napis?
- jest mi dobrze teraz, wystarczy mi JEJ zdjęcie, aby być szczęśliwym, tam na ziemi są uczucia, dobre i złe,
- jakie?
- miłość jest dobra, ale pojawia się złość, karmiona niemocą i to jest złe. Tutaj nie musze się o to martwić.
- dlaczego ONA była dla Ciebie tak ważną kobietą?
- bo była jak ktoś z mojej krwi, jak moja najbliższa rodzina, jak moje własne ciało. Moja dusza się cieszyła, kiedy ją widziałem. Jako człowiek nie umiałem tej radości powstrzymać, choć to wszystko wydawało się bez sensu. Kocham JĄ i chce dla niej dobrze, dlatego cieszę się, że to się tak właśnie skończyło.
- co to jest miłość, zapytały napisy?
- miłość to jest odnalezienie dalszego ciągu swoich myśli, kochasz kogoś nie za to jak wygląda, kim jest, kochasz most na którym spotykają się wasze odczucia i wiesz, że chcesz być z tym kimś, nawet wtedy gdy zwiędnie jego kwiat urody.
- czy sądzisz, że zrobiłeś wszystko, aby wasze myśli były w rezonansie?
- tak, odpowiedziałem po chwili zastanowienia,
- my sądzimy, że jednak nie…
- wracasz! – zapadł krótki wyrok..
Zanim zdążyłem cokolwiek pomyśleć, moja świadomość rozsypała się jak piasek we wszystkich kierunkach.
+++
The Matrix Trilogy
Twoje miejsce jest tu, gdzie zgubiła się Twoja świadomość.
Wznosiłem się coraz wyżej. Wata z chmur stawała się taką pierzyną okalająca ziemię. Pozbawiony emocji i innych ziemskich nawyków, wznosiłem się jak bańka powietrza z dna oceanu do góry. Nie miałem żadnych potrzeb, nie czułem nic. Moje zmysły wykruszyły się jak, niechciane już rakiety, wznoszące na orbitę statek kosmiczny. Zostałem sam ze sobą w niesamowitym spokoju. Byłem jak niemy, który oczami słyszy co świat do niego mówi.
Za jakiś czas, gdy kulki naszego układu słonecznego zrobiły się bardzo małe, coś wstrząsnęło moją świadomością. Odczułem raptowne przyspieszenie, a obraz zaczął jakoś dziwnie drgać. Ten stan przypominał mi trochę moment rozpędzania się samolotu, gdzie wszystko drga i jest duże przyspieszenie. Za chwilę wszystko się uspokoiło, można to porównać do momentu, jak samolot nabierze już jakiegoś pułapu i słychać w głośnikach charakterystyczne plum, a potem pilot coś tam sobie do nas gada.
Zobaczyłem ogromny stożek zbudowany jakby z milionów półprzeźroczystych pasków. Ta ogromna figura nie miała dna. Moja świadomość została wciągnięta od dołu, wtedy w środku otuliło mnie bardzo ciepłe światło i zacząłem przemieszczać się wokół przy wewnętrznych ścianach tej budowli. Całość kształtem przypominała dużą pokojową lampę, na długim stojaku, z którego za chwilę wysypała się chmura wielokolorowych i szybko wirujących wokół własnej osi wałków, każdy w innym kolorze. Kiedy przelatywały prze ze mnie, obraz tego co widziałem był jakby kontrastem koloru, który mnie obejmował na chwilę. Każde takie spotkanie, było jak strzał w moją świadomość, ja unosiłem się spiralnie do góry, a setki tych wirujących kształtów strzelało we mnie. Jedynie co widziałem, to JEJ zdjęcie wigilijne, które nie chciało wymazać się z mojej pamięci. Efekt tego był coraz szybszy, wręcz stroboskopowy, zdjęcie stawało się jakby coraz starsze i postrzępione na bokach. W końcu zostałem wypluty z tej budowli, jak kichnięcie wulkanu, przed spodziewaną erupcją. Ze zdjęcia została mi JEJ cała sylwetka i poczułem się szczęśliwy.
+++
Decymy Natalia Kukulska
Zabiłem serce moje – I tak było Twoje.
Sen przyszedł bardzo powoli. Siedziałem na jakimś krześle w tej samej hali co ostatnio. Dzisiaj była wietrzna noc. Hala trzeszczała i wyła jak popsuta harmonijka ustna. Smutno mi się jakoś zrobiło, nie wiedziałem co dalej, poza tym, że będę sam. Wstałem, poszedłem w kierunku, gdzie ostatnio znalazłem ten helikopter, miejsce niestety było puste. Ciemność ograniczała widoczność do paru metrów. Po chwili usłyszałem z boku jakiś szelest i znajomy postępujący bełkot wirników, za chwilę w odległości około 10 metrów, ode mnie zapaliła się choinka światełek tej cudownej maszyny. Jakoś zrobiło mi się raźniej, w końcu ta super zabawka zabierze mnie w oczekiwane miejsce. Zobaczyłem, że drzwi są otwarte, podszedłem, w środku nikogo nie było. Westchnąłem, wsiadłem i za chwilę wszystkie wskaźniki uśmiechały się do mnie pełnym stanem gotowości.
Drążek start, ciągniemy do góry, galaktyki świateł miasta są już poniżej mnie. Zataczam radosne koło nad miastem, wciskam płaski przycisk dopalania i za pięć minut jestem na miejscu, o czym informuje mnie srebrzanka księżyca na tafli jeziora. Robię lot nad taflą i zmierzam do miejsca gdzie jest ognisko na plaży. Jedyny charakterystyczny punkt w tej ciemnicy. Ląduje trochę dalej, aby burza piaskowa spod mojej maszyny nie zasypała ogniska. Wychodzę, oświetlam maszyną najbliższy teren. Lekko mokry piasek chrobocze pod butami, jak śnieg w mroźny dzień. Dochodzę do ogniska, nikogo nie ma, słychać tylko jak wielkie ozory ogniska skrzeczą do siebie.
Siadam sobie wygodnie, mam wrażenie, że sekundy zwolniły do minut. Delektuję się tym jasno ciepłym letargiem i na chwilę zapominam o swojej misji. Jest dobrze, przyjazny piasek wyprofilował mi wygodne siedzenie, a ogień smaga mnie falami ciepła. W oddali słyszę budzące się ptaki. Patrzę na księżycową srebrzystość tafli jeziora i zastanawiam się czy te wielopunktowe rozchodzące się koła małych fal, to od ryb, które żerują i pluskają się w nocy? Jednak nie, to wygląda tak, jakby coś spadało do wody. Pomyślałem, że to może jakiś nocny deszcz albo grad. Całe to zjawisko zaczęło się posuwać w moim kierunku. Poczułem lekki niepokój. Za chwilę domyśliłem się wszystkiego, to były metalowe strzały o bardzo ostrych końcach. Widziałem jak sitkują moją maszynę, chociaż to była bardzo zaawansowana technologia. Zacząłem uciekać, ale w każdym kierunku miałem przed sobą ścianę gradu tych okropnych strzał. Całe to zjawisko, zakołowało wokół mnie i ogniska w promieniu paru metrów. Starzały padała jedna blisko drugiej, tworząc jakby taki krzewostan, nie do przejścia. Zacząłem się martwić, jak ja z tego wybrnę. Strzelałem wzrokiem czy jest gdzieś jeszcze przestrzeń ucieczki. Znalazłem tylko w kierunku ciemnego lasu. Nagle zobaczyłem przy tej jedynej drodze ucieczki SERDUCHO, było takie same jak przy pierwszym spotkaniu w metrze, lecz dziewczyny nie widziałem. SERDUCHO stało w niebezpiecznej odległości od strzał. Instynktownie wypchnąłem je poza ten niebezpieczny krąg i zaczęliśmy uciekać do lasu. Potykając się o różne drzewne przeszkody i wpadając co chwilę do jakiś dołów słyszeliśmy, jak za naszymi plecami podąża mordercza ściana tych strzał, łamiąc po drodze drzewa jak zapałki. Za chwilę zobaczyłem źródło tego ataku. Był to niewysoki budynek o dachu, jak jakaś astronomiczna kopuła, błyszcząca w świetle księżyca. Dach ten obracał się w wszystkich kierunkach jak jakieś magiczne oko, miał miliony otworów z których wyskakiwały te śmiercionośne strzały. Ten przerażający deszcz już nas prawie dopadł, kątem oka zobaczyłem światło z otwartej studzienki ściekowej, wskoczyliśmy tam. Fala strzał jakby się zmieniła – wyglądało to jak lecąca za nami wściekła szarańcza. Kluczyliśmy w tych korytarzach, jak w labiryncie, przy jednym zakręcie zauważyłem jakieś napisy ostrzegawcze. Była tam szybka, którą bez namysłu zbiłem, a wtedy zobaczyłem, że jest to jakiś zaplombowany wyłącznik, przy próbie dotknięcia zostałem porażony dawką wysokiego napięcia. Upadłem i słyszałem jak metalowa szarańcza już nas dopada. Urwałem kawałek suchego ubrania, resztką sił owinąłem dłoń i udało mi się zmienić położenie tej wajchy. Momentalnie wszystko ucichło. Strzały upadły z łoskotem, tworząc jakby taką słomianą matę z siebie.
Wyszliśmy na zewnątrz. W bliskiej odległości zobaczyłem łunę ogniska. Zacząłem się cieszyć z SERDUCHEM, że coś się udało. Pomyślałem, że Anioł się ucieszy ze mnie, chociaż nie mam wojowniczej natury, to jakoś dałem radę. Siedliśmy po obu stronach ogniska i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że nie umiem rozmawiać z SERDUCHEM. Wstałem, żeby coś powiedzieć, uśmiechnąłem się. SERDUCHO też jakby chciało coś przekazać, zaczęło falować jakby odcieniami czerwieni i nagle w moich kierunku wystrzeliło ogromną strzałą, wielkości jakiejś dzidy. Dostałem prosto w serce, nie miałem czasu na zdziwienie, ani żadną reakcję, czy też emocję. Rękoma wyczułem jak zimne żelastwo parę razy, coraz słabiej poruszyło się w rytm mojego serca, a moja własna krew ogrzała mi sztywne palce. Te moje dłonie jakby zaczęły się rozciągać, a ja widziałem je coraz dalej. Po chwili poczułem się dziwnie. Plaża zostawała coraz niżej, a ja nie czułem żadnych emocji, byłem tylko myślą. Obok jeziora znajdowała się taka skalista górka, popatrzyłem tam i zobaczyłem JEJ sylwetkę wyłaniającą się z ciemności. Stała jak czujna sarna, badająca wokół siebie zagrożenia. Usłyszałem JEJ głos:
- to nie tak miało być, powiedziała, pamiętaj chcę być z ciebie dumna…
- pamiętaj! Krzyknęła…
Wtedy zobaczyłem jak wstające słońce oświetla z boku jej buzię, a dwa miniaturowe wodospady łez świecą w tym samym kolorze. Jej sylwetka się oddalała i była taka sama, jak z tego zdjęcia wigilijnego…
Widziałem wszystko w każdym kierunku. Ja unosiłem się dalej, nawet nie mogłem się uśmiechnąć, ani nic powiedzieć… ONA była dla mnie już w innym wymiarze…
+++
Prodigy, Matrix – Smack My Bitch Up




